wtorek, 5 listopada 2019

Rozdział 3 "Dopóty dzban wodę nosi..."

"Kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, 
niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba" *






  Hermiona obudziła się rano i spojrzała na naszykowaną walizkę. Spakowała wczoraj wszystko, oprócz Jastrzębia. Po odpowiedzi od Wiktora była ostrożniejsza. Nie wiedziała kto jej go przysłał i prawdę mówiąc nie podejrzewała o to swojego chłopaka. Mógł to być jeszcze Harry ale on nie dawał jej prezentów i wątpiła, że tym razem było inaczej. Musiała jednak sprawdzić co się z nimi dzieje...i zapytać o tajemniczego ptaka. W duchu postanowiła nie panikować. Przecież to, że dostała prezent nie wiadomo skąd i nie ma żadnych wiadomości od Weasleyów i Harrego jeszcze nie oznacza żadnych kłopotów. W głowie miała całą listę osób, od których mogła otrzymać figurkę a jej przyjaciele po prostu dobrze się bawią. Co prawda lista osób zaraz po Wiktorze była nierealna tak samo jak rzekomy powód ciszy ze strony bliskich.
    Odganiając natrętne myśli wykonała poranną toaletę, ubrała się i zjadła. Po wykonaniu rutynowych czynności pożegnała się z rodzicami i stanęła na środku pokoju skupiając swoje myśli na adresie, który dostała od Rona przed ich wyjazdem. Rodzice patrzyli na nią wyczekująco i...nic się nie wydarzyło. Pierwsza próba, druga, trzecia i dziesiąta a Hermiona stała dalej w tym samym miejscu.
    - Coś nie tak, kochanie?
    - To na nic! - wykrzyczała dziewczyna - Jestem na to za słaba.
    Hermiona usiadła na krześle i schowała twarz w dłoniach. Jej rodzice szybko do niej podeszli i z pytającym wyrazem twarzy oczekiwali na wyjaśnienia. 
    - Chodzi o to, że żeby się teleportować trzeba skupić myśli. Oczyścić umysł ze wszystkiego poza miejscem, do którego chce się dostać. Im dalej tym czystszego umysłu potrzebujemy. Rumunia jest bardzo daleko a ja się ciągle nimi przejmuje. Nie myślę o miejscu tylko o tym dlaczego ta banda kretynów się nie odzywa!
    Na ostatnie zdanie Państwo Granger aż podskoczyli. Rzeczywiście, Hermiona była tak zdenerwowana, że nie dałaby rady teleportować się z salonu do kuchni.
    - I co teraz zrobisz? - zapytała z troską kobieta.
    - No jak to co?! - zawołał oburzony Pan Granger - Stanie ponownie na środku i oczyści umysł ze wszystkiego oprócz miejsca docelowego. Bo dobrze to zrozumiałem, tak?
    Hermiona prychnęła widząc zaniepokojoną minę swojego ojca. Wyglądał jak przedszkolak, który pyta czy ten kolor to biały i czy to na dworze to jest śnieg.
    - Tak tato, dobrze zrozumiałeś. Masz rację trzeba wziąć się w garść.
    Ponownie stanęła i za sekundę już jej nie było. 
    - No, i to jest moja córcia. Zawsze sobie poradzi. 
     - Brawo motywatorze. Szkoda tylko, że nie wzięła walizki ani niczego innego. 
    Mężczyznę zamurowało. Rzeczy byłej gryfonki dalej znajdowały się na środku pokoju. Spojrzał na swoją żonę i wiedział, co zaraz usłyszy...



***

    - Ten facet ma rację. Zazdroszczą mi wszyscy. 
    Blaise Zabini uśmiechnął się dumnie i pocałował leżącą obok niego blondynkę. Brunet obejmował ją w talii a drugą ręką gładził jej włosy. Kobieta zetknęła się z nim czołem i zamknęła oczy. Miała wielu partnerów, jednak jej mąż był najlepszy we wszystkim. Nigdy nie pomyślała, że małżeństwo z rozsądku może być tak udane. Były ślizgon opiekował się nią a kiedy nastąpiła taka konieczność bronił jej.      Doskonale pamiętała moment, w którym na przesłuchanie wparował Blaise i rozbił głowę aurora o swoje kolano. Od początku była niewinna, chociaż cała społeczność czarodziejów twierdziła inaczej - cała z wyjątkiem jej męża. Nigdy nie powiedział, że kłamie i nigdy nie mówił, że lepiej dla niej jak się przyzna. Bito ją po nerkach, tak żeby śladów nie było widać. Nikomu się nie skarżyła. Posiadanie rodziców śmierciożerców miało swoją cenę. Zabini jednak nie odpuścił. Zbierał dowody i świadków aż udowodnił, że nie ma nic wspólnego z całym tym bagnem. 
    Kiedy dostał jej nakaz zwolnienia od razu popędził do pokoju przesłuchań. Zobaczył jak jakiś kretyn trzyma ją za włosy i wrzeszczy. Zareagował odruchowo. Pobiegł do niego, złapał za ten durny łeb i uderzył nim o swoje kolano. Słychać było trzask. Blaise odrzucił mężczyznę na ścianę, kucnął i uderzył go pięścią jeszcze parę razy aż ktoś wtulił się w jego bok. Ciemnoskórego chłopaka zamurowało. Zamarł w połowie wymierzania ciosu i odwrócił głowę. Obejmowała go żona. Niby nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że oprócz jednego incydentu żyli w platonicznym związku. Nie kochała go aż do tamtej pory. 
    - O czym myślisz? 
    - O naszym pierwszym razie. - widząc zaskoczoną minę Blaisea dodała szybko - Konkretnie rzecz biorąc drugim. 
    Nerwowa atmosfera szybko opadła. Ich pierwszy raz był katastrofalną pomyłką ale drugi... 
    - I co? Chciałabyś coś konkretnego powtórzyć? - szepnął uwodzicielsko mężczyzna składając powolne pocałunki na jej szyi. Rękami przyciągnął do siebie żonę zdobywając jednocześnie dominującą pozycję. 
    - Masz komuś wpierdolić na moich oczach a potem zabrać do domu i pierdolić się ze mną do upadłego? 
    Blaise z wyraźnym zrezygnowaniem opadł na plecy po swojej stronie łóżka. Oczy zasłonił zgiętym ramieniem. Westchnął ciężko i powiedział sarkastycznie
    - Potrafisz podgrzać każdą atmosferę, kochanie. 
    Blondynka uśmiechnęła się do siebie. Zawsze bawiło ją wyprowadzanie z nastroju swojego męża. Gdyby tylko mu pozwoliła mógłby kochać się z nią 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Kobieta jednak skutecznie go hamowała. Dobrze wiedziała, że mężczyznom nie należy podawać się na srebrnej tacy. Po pierwsze jeśli miałaby się podać to tylko na platynie a po drugie mężczyzna musi się trochę postarać o kobietę.
    - Już ja Ci pokażę starania.
    Rzucił się na blondynkę ze śmiechem i przycisnął do łóżka ciężarem swojego ciała. Kobieta broniła się jednak robiła to bardziej szczęśliwymi piskami i krzykami niż siłą. Nie musiała pytać skąd wiedział o czym pomyślała. Nie chroniła się przed legilimencją. Blaise i tak usłyszałby wszystko, co tylko chciał. Nie potrafiła nic przed nim ukrywać i zwyczajnie nie miała takiej potrzeby. Po chwili poddała się mężowi wciąż się śmiejąc. Zaczął ponowną wędrówkę po jej szyi, schodząc coraz niżej. Zatrzymał się przy jej piersiach i spojrzał w jej błękitne oczy.
    - Ale skoro nie chcesz to nie będę Cię zmuszał. - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
    Astoria zdębiała i przez chwilę patrzyła jak Blaise ucieka z sypialni łapiąc po drodze swoje spodnie.
    - Ani mi się waż.
    Chłopak nawet się nie odwrócił. Ciągle słyszała jego śmiech. Rzuciła w niego poduszką ale w ostatniej chwili zrobił unik i zniknął za drzwiami.
    - Blaise wracaj tutaj! - wrzasnęła - Masz szlaban na seks przez następny miesiąc!
    Odpowiedział jej tylko głośny, pełen radości śmiech. Nie mogła się powstrzymać i również parsknęła śmiechem. Pokręciła głową z niedowierzaniem i mrucząc pod nosem o tym z jaką osobą mieszka udała się do garderoby żeby wybrać najbardziej seksownie ubrania jakie posiadała. Zemsta bywała słodka.
    Po chwili zeszła na dół i zobaczyła Blaisea palącego papierosa. Cholerny Malfoy zaraził jej męża tym ochydnym zwyczajem, po którym śmierdziało w całym domu.
    - Idę do sklepu chcesz coś? - zapytała niewinnie.
    Czarnoskóry spojrzał na swoją żonę i zaniemówił. Wyglądała idealnie. Ułożyła włosy zaklęciem, tak że fale spływały jej za ramiona. Założyła sukienkę, którą mężczyzna lubił najbardziej. Miała głęboki dekold na plecach, sięgała to połowy ud i była w odcieniu królewskiej zieleni. Nie wybrała żadnego stanika więc sutki przebijały się przez materiał. Oczy podkreśliła brązowymi cieniami i wachlarzem długich, wytuszowanych rzęs a na ustach gościła soczysta czerwień. Do tego założyła beżowe klasyczne szpilki i torebkę w tym samym kolorze. Całość dopełniały diamenty na szyi, uszach i w pierścionku zaręczynowym.
    Blaise z trudem wypuścił powietrze z płuc i poczuł kolejną falę podniecenia. Wiedział doskonale, że była to zemsta ale takiego haczyka nie mógł nie połknąć. Każdy mężczyzna by się poddał. Taka zemsta kobiet zawsze odnosiła skutek... A szczególnie takiej kobiety.
    - Chcę żebyś nigdzie nie szła. Jeśli trzeba to wpierdolę komuś żeby móc Cię pieprzyć do upadłego. - odpowiedział były ślizgon błagalnym tonem.
    - Pytałam czy chcesz coś ze sklepu, głuptasie. - odpowiedziała Astoria uroczo się uśmiechając. - Jeśli nie to będę za 2 godzinki.
    To co działo się później totalnie ją zaskoczyło. Rzucił się na nią jak wyglodniały wilk. Pachnął ją na ścianę i bez zbędnej zwłoki zdjął jej koronkową bieliznę. Jego ręce pieściły jej ciało jednak nie były delikatne. Blaise całkowicie przejął inicjatywę. Całował ją, gdzie tylko mógł to robić stojąc. Zarzucił jej nogi na swoje biodra wyczyniając takie cuda w jej kobiecym miejscu jak nigdy wcześniej. Blondynce zabrakło tchu. Odchyliła głowę do tyłu i mocniej ścisnęła mężczyznę nogami. Wplotła mu palce we włosy i jęknęła z rozkoszy. Poczuła nieme pytanie w swoim umyśle ale nie musiała odpowiadać. Jej ciało mówiło za nią.


***


    Hermiona otrząsnęła się z pierwszego szoku. Po przybyciu do Rumunii szybko zorientowała się, że jej bagaż został w domu. Na początku zaczęła panikować a potem próbowała dostać się z powrotem do Anglii ale nie dało to żadnych efektów. Musiała chłodno ocenić sytuację. Nie ma nic oprócz różdżki i kartki z adresem w kieszeni. Była zbyt zdenerwowana by wrócić i teleportowała się nie do końca tam gdzie chciała. Znajdowała się dwie przecznice dalej niż zamierzała na szczęście wiedziała gdzie jest, bo przestudiowała okolicę na mapie w domu. W ogólnym rozrachunku jej sytuacja nie była taka zła. Ginny na pewno pożyczy jej niezbędne rzeczy, przecież miała zamiar zostać tu tylko na jeden dzień.
    Po uspokojeniu skołatanych nerwów ruszyła do miejsca docelowego. Ulica Strada Sibiru nie była bardziej wyjątkowa - zwykłe bloki mieszkalne. Jednak w tej części Europy przez większość czasu nie padał deszcz ani nie unosiły się mgły, co stanowiło przyjemną odmianę. Słońce oświetlało jej twarz i tak już rozpromienioną. Radość na myśl o spotkaniu przyjaciół było widać z daleka. Jej oczy wyrażały czyste szczęście.
    Tupiąc niskimi obcasami weszła po schodach przed drzwi ich mieszkania. Ręka drgała jej z przejęcia, gdy uniosła ją by zapukać. W duszy właśnie sobie wyobrażała jak zareaguje Ron kiedy ją zobaczy. Wzięła głęboki wdech i uderzyła kilkakrotnie o drzwi. Ze środka dało się słyszeć głośne "idę!" i za chwilę w przejściu ukazał się Harry. Patrzył na nią przez chwilę wytrzeszczając oczy a sekundę później rzucił się na nią i przytulał ją do siebie.
    - Hej wszyscy, Miona przyjechała! - zawołał ciągle się do niej szczerząc.
     - Miona?! Merlinie, Miona! - zapiszczała rudowłosa dziewczyna i rzuciła się na nich, co zachwiało i tak już niestabilną konstrukcją.
    Kasztanowłosa spojrzała w głąb korytarza i zobaczyła tam stojącego Rona. Miał założone ręce i uśmiechał się. Widać było, jak bardzo ucieszyło go jej przybycie. Skinął jej głową, popatrzył na nich jeszcze chwilę a potem powiedział :
    - Zostawcie ją, bo jej zaraz tlenu zabraknie.
    Hermiona delikatnie się zaśmiała i odsunęła od przyjaciół nadal trzymając im dłonie na plecach. Chłopak dziewczyny podszedł i też ją przytulił jednak spokojniej niż pozostała dwójka. Pocałował ją we włosy, oparł policzek na czubku jej głowy i zamknął oczy. Była gryfonka sięgała mu do barku. Objęła go rękami w pasie i wdychała jego zapach. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy jak bardzo za nim tęskniła.
    - Cieszę się, że w końcu przyjechałaś, Miona.
    - Ja też ale jestem tu, bo się martwiłam. Mogłeś odpowiedzieć chociaż raz na moje listy.
    Rudowłosy mężczyzna odskoczył jak opatrzony. Patrzył się na nią zdezorientowany.
    - Jakie listy?
    - Moje listy - te, które do ciebie pisałam.
    Hermiona była już lekko poirytowana. Wypisywała bardzo często a on nawet nie przeprosi.
    - Nie wiem jak mój brat - wtrąciła Ginny - ale ja nie dostałam żadnych listów. I z tego co wiem to nikt inny również.
    - Rzeczywiście bardzo śmieszne. To jest bardzo nieudany żart George!
    - Hermiona to nie jest żart. - odezwał się Ron - Pisaliśmy do Ciebie wszyscy. Nie odzywałaś się. Od zmysłów już odchodziliśmy.
    Nagle wszyscy odwrócili się w stronę schodów. Dochodził do nich coraz głośniejszy odgłos biegu. Na szóste piętro wpadło kilku mężczyzn jednakowo ubranych. Mieli na sobie granatowe bomberki i spodnie tego samego koloru. Byli zziajani i spoceni. Dyszeli głośno a kilkoro z nich opierało ręce na kolanach. Najniższy z nich wycelował palcem w złote trio oraz dziewczynę Harrego stojących na przeciwko nich.
    - Tam jest! - krzyknął mężczyzna resztkami sił. - Nie ruszaj się. Jesteś zatrzymana.
    - Co? - parsknął śmiechem wybraniec.
   Szóstka ludzi wyglądała tak żałośnie, że Hermionie zrobiło się ich szkoda a całą resztę zwyczajnie rozśmieszyli. Harry patrzył się na nich z wyjątkowo rozbawioną miną, Weasleyowie się śmiali a panna Granger zwyczajnie próbowała zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. To nie była normalna sytuacja. Najpierw listy nie dochodziły do adresatów, później wpadła banda mężczyzn, którzy o mało co nie wypluli płuc a na koniec mówią jeszcze, że Ginny jest aresztowana.
    - A możecie nam Panowie powiedzieć, co zrobiła Ginny, że jest aresztowana?
    - Ale dlaczego ja?!
    - Powiedzieli, że jesteś aresztowana.
    - Ale nie, że ja. Może to ty.
    Słysząc to Ron i Potter wybuchli śmiechem. Dwie dziewczyny kłócące się o to, kto zostanie zatrzymany to była conajmniej niecodzienna sytuacja.
    - Was to bawi? - zapytał mężczyzna, który właśnie wszedł po schodach - Grozi wam proces o złamanie międzynarodowego prawa a wy się śmiejecie? Za takie żarty słono można zapłacić.
    - Jakie znowu żarty. George ja się nie dam na to nabrać wyłaź! - krzyknęła Hermiona.
    - Dobra koniec tego, zwijajcie ich. Mamy do pogadania.
    Trwało to kilka sekund. W ich stronę poleciały zaklęcia obezwładniające i wszyscy wylądowali na ziemi. Do każdego z nich podszedł funkcjonariusz i teleportowali się w nieznane dla przyjaciół miejsce. Zostawili otwarte na oścież drzwi i sąsiadów przyglądających się całej sprawie.
    Pojawili się w surowo urządzonym pomieszczeniu. Oprócz biurka, dwóch krzeseł i szafy w rogu nie było w nim nic. Podłogę i ściany pokrywały szare odcienie a okna nie zamontowano. 
    Byli gryfoni odzyskali panowanie nad sobą i nerwowo rozglądali się po pokoju. Nie rozumieli z tego nic. Cała sytuacja przestała ich bawić i najchętniej ulotniliby się stąd. Ron wyglądał jakby za chwilę miał wybuchnąć ale nie zrobił niczego. Ich było czworo (w tym dwie kobiety) a przeciwników siedmiu.
    - Jedno z was może sobie usiąść. - powiedział mężczyzna w skórzanej kurtce.
    Zakłopotani przyjaciele wyglądali jakby oferta do nich nie dotarła. Dalej tylko stali i patrzyli, czekając na to, co miało się wydarzyć.
    - Dobrze, to może Pani w rudych włosach sobie usiądzie jako pierwsza.
    - Ale czemu ja? - zapytała przestraszona Ginny.
    - Nie wiem o co chodzi, proszę Pana ale ja mogę zacząć. - wtrącił Harry.
    - Cudownie. - odpowiedział już dosyć sfrustrowany funkcjonariusz - Siadaj.
    Harry usiadł a facet wstał i podszedł do szafy. Wyjął z niej jakąś fiolkę, samonotujące pióro, kilka kartek i wrócił z powrotem. Szybko rzucił jakieś niewerbalne zaklęcie. Gdy wybraniec odwrócił się zobaczył jak Weasley coś krzyczy. Przytrzymywał go jeden z mężczyzn ale tylko za ramię. Wyglądało to tak, jakby uspokajał rudzielca.
    - Zaklęcie wyciszające? - zaczął Potter.
    - Zgadza się. Ja siedzę przodem, Ty siedzisz tyłem. Mogą widzieć o co pytam ale nie zobaczą co Ty odpowiadasz.
    - Sprytne. - Harry pominął fakt, że przeszli na "ty" - Chcesz sprawdzić, czy nasze wersje będą takie same.
    - Lepiej dla Was, żeby były. Dobrze więc zaczynamy...
    Przesłuchujący urwał w połowie i przymknął oczy. Ścisnął nos na wysokości oczodołów. Oparł mocno zgięty łokieć na blacie biórka i zdawał się być czymś mocno załamany. Wziął głęboki wdech i dało się usłyszeć ciche "Nie wierzę" a później jakieś zaklęcie mamrotane pod nosem. Przez magiczną barierę dźwiękową przedostał się donośny głos kolejnej osoby, przez co Harry aż podskoczył.
    - Arthur, przyjacielu! - mówił mężczyzna z głupim wyrazem twarzy. - Doszły mnie słuchy, że znowu zajmujesz się moją robotą. To miło, że mnie wyręczasz ale moim ludziom rozkazuję ja i moich podejrzanych również przesluchuję ja.
    Nieznajomy objął Harrego ramieniem, przez co poczuł się on wyjątkowo niezręcznie. Mężczyzna cały czas szeroko się uśmiechał i wydawał się nie dostrzegać zakłopotana Pottera. Młodzieniec przestał dziwić się funkcjonariuszowi, że tak łatwo zirytował się na widok tego człowieka. Wyglądał jak...
    - Mardot, ty pajacu. - odparł Arthur - Nie przypominam sobie żebym zamawiał cyrk.
    Pierwszy raz od kilkunastu minut wybraniec całkowicie zgodził się z z mężczyzną w skórzanej kurtce. Pajac był idealnym określeniem na Mardota. Harry postanowił zapamiętać sobie to nazwisko.
    - To już stałem się czyimś podejrzanym? - zapytał prześmiewczo
    - Wątpię, Panie Potter. Można być podejrzanym o coś a nie być czyimś podejrzanym. - odparł Arthur nawet na niego nie patrząc - Skoro nawet osoba, która ma więcej szczęścia jak rozumu, dostrzega pewne absurdy to myślę, że możesz już wyjść.
    - Zawsze jesteś zbyt porywczy. Musisz czasem wyluzować. - powiedział Mardot, kładąc jakiś papier na biurku.
    - Co to jest?
    - Nakaz doprowadzenia zatrzymanych do ministerstwa w Anglii.
    - Wystawiony przez ciebie a podpisany przez szefa twojego biura? Myślałem, że już bardziej zbłaźnić się nie możesz. - odpowiedział uśmiechając się - Jak dla mnie możesz to nawet zjeść a nie nabierze mocy sprawczej. Taki nakaz może wystawić szef departamentu aurorów a podpisać go musi szef departamentu przestrzegania prawa.
    - Tak się składa, że pan Rellow to mój szef. - wtrąciła zadziornie Hermiona - i na pewno nie będzie zadowolony z tego, że ktoś go "wyręcza" w pracy.
    Mardot gniewnie spojrzał spod zmrużonych oczu. Wyglądał jakby miał za chwilę zdemolować pokój przesłuchań. Poczerwieniał na twarzy i zacisnął pięści. Chwilę jego wzburzenia wykorzystał Arthur.
    - Myślę, że Pan Erick Rellow  chciałby wiedzieć, gdzie znajduje się jego pracownik. Mógłbyś być tak dobry, Terry?
    - Wrócę z nakazem.
    - Tylko wcześniej dobrze sprawdź papiery.
    Terry Mardot wyszedł trzaskając drzwiami. Mężczyzna w skórzanej kurtce ponownie zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Nie mógł uwierzyć, że nawet w Rumunii był skazany na tego idiotę. Młody Malfoy miał rację, że nie szanował tego człowieka. Od takich należało się trzymać z daleka, bo zwiastowali oni same kłopoty.
    - Dziękuję, Panno Granger. Nie wiedziałem, że się Pani dostała na stanowisko.
    - Nie ma za co. Niestety troszkę wyprzedziłam fakty. Dostanę się tam za tydzień.
    - Mhm...w takim razie lepiej żeby Erick Panią lubił.
    - Dostałaś pracę? - wtrącił Ron
    - Później porozmawiamy.
    - Słuszna uwaga. - wtrącił Arthur - Lepiej skończmy to zanim Mardot wróci. Dobrze w takim razie po kolei powiecie mi, co się dziś wydarzyło do momentu zatrzymania was przeze mnie. Potter, ty pierwszy.
    - Rano wstaliśmy, nigdzie nie wychodziliśmy. Rodzice Rona i wszyscy bracia poszli na rynek, my mieliśmy nadzieję, że dostaniemy list od Hermiony i...
    - Jaki list? - wtrącił funkcjonariusz.
    - A dlaczego Pan go pyta? - wtrąciła Ginny - Powie mi ktoś, co tu jest grane?!
    - Jasne. Nazywam się Arthur Andariel i zatrzymałem was w sprawie kontaktu z obecną tutaj Hermioną Granger. Samą zainteresowaną zatrzymałem za złamanie zakazu teleportów międzynarodowych. Coś tak czuję, że tracę czas na to przedstawienie i chcę to jak najszybciej zakończyć. To jak będzie, dasz mi przesłuchać Twojego chłopaka?
    - Skąd wiesz, że to mój chłopak?
    - Jakiego znowu zakazu? - wtrąciła Hermiona
    - To Pani nic nie wie?
    - Nie.
    - W związku z prawdopodobnym niebezpieczeństwem grożącym czarodziejom wprowadzono zakaz teleportacji pomiędzy państwami.
    Hermiona wyglądała jakby poraził ją piorun. Właśnie dowiedziała się, że złamała prawo międzynarodowe a to znaczyło, że została słusznie zatrzymana. Prawdopodobnie resztę zgarnęli, bo przyszła do nich. W głowie miała tylko jedną myśl. Rellow ją zabije.
    - To może ja złożę wyjaśnienia. - powiedziała słabym głosem kasztanowłosa.



***


    Draco od godziny czekał na Mardota. W trakcie przesłuchania przyszedł do niego jeden z aurorów i poprosił go do siebie. Terry wyszedł i zostawił go samego. Twierdził, że zaraz wróci. Jeśli kilkadziesiąt minut oznaczało u niego "zaraz", to Malfoy nie chciał wiedzieć ile czasu zajmowało mu "później". 
    Od pewnego momentu blondyn przyglądał się leżącym dokumentom. Bardzo kusiło go, żeby zobaczyć co tam się znajduje. Toczył wewnętrzną walkę z samym sobą. Chętnie podziałałby na szkodę znienawidzonego człowieka jednak głos rozsądku skutecznie go hamował. Ostatecznie nic by mu to nie dało a gdyby ktoś zobaczył go na szperaniu w rzeczach Mardota mógłby mieć problemy. Tylko jakie problemy mógł mieć śmierciożerca skazany na śmierć? Drugi raz go przecież nie zabiją. 
Głównym powodem, który skutecznie powstrzymywał Draco był los jego matki. Jeśli jemu powinęłaby się noga Narcyza będzie umierać sama. 
    "A jeśli znajdę na niego jakiś haczyk i dzięki temu zapewnię jej bezpieczeństwo i skuteczne leczenie?" - odezwał się prowokujący głosik w jego głowie. 
    "Jeśli znajdę na niego haczyk i Mardot będzie o tym wiedział zabije mnie i moją matkę żeby nie było dowodów." 
    "Powiem Blaisowi. Gdy pajac się zorientuje będzie już za późno. Informacja będzie znana odpowiednim osobom. Nic jej nie zrobi." 
    "A co ze mną?" 
    "Ja i tak umrę." 
     "A jak ktoś mnie nakryje i nic nie będę z tego miał?" 
    "Gorzej nie będzie." 
     Draco szybko zgarnął dokumenty aurora. Zobaczył notatkę z jego przesłuchania, kilka pytań, które miał mu jeszcze zadać, życiorysy osób, które go interesowały, a z którymi ślizgon miał kiedyś kontakt i puste kartki...jednym słowem nudy. Zostawił papiery i zabrał się za notes. Nic nie przykuwało jego uwagi ale i tak starał się zapamiętać daty umówionych spotkań i wybrane nazwiska pojawiające się w kalendarzu. Przerzucał kartki szybko, mając wrażenie, że zaraz ktoś wejdzie do pokoju przesłuchań. Nagle natrafił na coś ciekawego. 

"Dziedzictwo kulturowe. 
Czwartek 14:30"

    Draco doskonale pamiętał dzień, w którym Mardot i mężczyzna w skórzanej kurtce i czerwono-czarnych adidasach pytali go o ten departament. To musiała być bardzo ważna sprawa. Obcy facet strasznie się denerwował i wypuścili go wcześniej z przesłuchania, chociaż veritaserum dalej działało. 
    Arystokrata uznał, że już wystarczy i ułożył dziennik i dokumenty jakby nigdy ich nie dotykał. Modlił się w duchu żeby pajac nie pytał go o nie. Blondyn wciąż był pod wpływem eliksiru i musiałby odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Nie był pewny czy postąpił słusznie ale coś mu mówiło, że jeśli jest jakaś szansa na pomoc mamie to jest ściśle związana ze wspomnianym departamentem.
    Były ślizgon miał ochotę podskoczyć na dźwięk otwieranych drzwi. Serce waliło mu jak oszalałe jednak resztą silnej woli zachował spokój. Spojrzał cynicznie na siadającego na przeciw niego aurora.
    - Nie spieszyło ci się. - rzucił kąśliwą uwagę.
    - Co robiłeś jak mnie nie było?
    Tym razem serce podeszło mu do gardła. Nie mógł skłamać i musiał odpowiedzieć pewnie i szybko.
    - Cały czas siedziałem na tym krześle. - odparł, mając nadzieję, że to wystarczy.
    - To dobrze.
    Mardot zdawał się być zadowolony z jego odpowiedzi. Od razu przeszedł do ponownego zadawania pytań. Miał jeszcze trochę ponad pół godziny i zamierzał je skutecznie wykorzystać. Nie podejrzewał niczego. Malfoy nie mógł się nadziwić jak wielkie szczęście mu się dziś trafiło. Chociaż w głowie ciągle skrywał tysiące obaw, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu czuł, że może mieć na coś realny wpływ oraz że jego reszta życia nie będzie bezcelowa. Jednocześnie nie wierzył jak łatwo jego przesłuchujący odpuścił. Na jego miejscu spytałby wprost, co przeczytał. Wiedział, że musi się bardzo pilnować. Mardot był idiotą ale mógł coś podejrzewać. W jego sytuacji nie było drugiej szansy. Jeśli dałby się złapać, założyłby matce pętle na szyję.
    Gdy skończyło się działanie eliksiru wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak zawsze...prawie. Kiedy Terry kolejny raz próbował nawiązać z nim kontakt ślizgon odpowiedział mu bardzo konkretnie.
    - Wiesz co, Mardot?
    - Co takiego? - zapytał zaciekawiony auror.
    - Jesteś idiotą.
    Blondyn wyszedł i trzasnął drzwiami zostawiając mężczyznę samego. Musiał szybko skontaktować się z Blaisem. Tego dnia był poniedziałek a coś w kalendarzu tego pajaca było zapisane na czwartek. Miał niewiele czasu, żeby ustalić o co chodzi i musiał kuć żelazo póki gorące. Pozostawała jedna nierozwiązana kwestia. Nie wiedział jak miał to zrobić nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Był obserwowany i każda osoba, która utrzymywała z nim kontakt mogła mieć kłopoty, więc odciął się od wszystkich. Jeśli nagle skontaktuje się z przyjacielem aurorzy na pewno to sprawdzą.
    Zastanawiając się nad rozwiązaniem problemu przedostał się do domu za pomocą sieci Fiuu. Przywitał się z matką i usiadł przy niej na kanapie. W kominku palił się ogień i słychać było przyjemny trzask drewna. Pomieszczenie wypełniał ciepły blask płomieni. Meble miały kolor hebanu a ściany zostały pomalowane na ciemnozielony kolor. Na półkach stała pokaźna kolekcja książek. Do czytania można było skorzystać z kanapy i foteli. Znajdował się przy nich mały stolik.                   Narcyza i Draco woleli przebywać w niewielkim pokoju dla gości niż w salonie. Drugie pomieszczenie było surowo urządzone i puste. W tak ogromnym miejscu odczuwało się pustkę i dyskomfort. Tam gdzie znajdowali się teraz panowała ciepła atmosfera. Oboje lubili czytać lub patrzyć się na płonące drewno w kominku siedząc tu razem. W takich momentach Draco potrafił zapomnieć o tych wszystkich problemach i troskach. Niestety dziś musiał zburzyć tą sielankę.
    - Mamo, mogę zadać Ci pytanie? - zaczął niepewnie.
    - Oczywiście, Draco.
    - Coś łączy naszą rodzinę z departamentem dziedzictwa narodowego czarodziejów?
    - Nie kojarzę nic takiego. Dlaczego pytasz? - odpowiedziała zaskoczona.
    - Na przesłuchaniu, z którego wróciłem wcześniej Mardot pytał mnie o to.
    - Dziwne.
    - Wiem.
    Narcyza miała zaciętą minę. Doskonale pamiętała metody przesłuchań Mardota. Najchętniej sprawiłaby, żeby spłonął w piekle. Nic dla niego nie znaczyły składane obietnice i piękne słowa. Ten człowiek zawsze miał swój cel i realizował go bez względu na cenę. Przypominał jej w tym Voldemorta. Niby walczył dla jasnej strony ale metodami tej ciemnej.
    - Musisz na niego uważać. Jeśli pyta cię o coś dziwnego to nie bez powodu. - spojrzała na syna - Bądź ostrożny Draco.
    - Będę. Nie dam nas więcej skrzywdzić.
    Poszedł do swojego pokoju. Cały czas zastanawiał się, co ma zrobić. Jutro musiał zawiadomić kogoś - najlepiej Blaisea...tylko jak?


***



    Hermiona miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nie czytała Proroka i nie wiedziała, że teportując się do Rumunii popełnia poważne przestępstwo. Przyznała się do wszystkiego i opowiedziała jak wyglądał jej dzień od początku aż do momentu schwytania przez funkcjonariuszy. Miała nadzieję, że nie poniesie zbyt surowych konsekwencji. W ogólnym rozrachunku nic się nie stało ale prawo to prawo i bała się jak to wszystko się zakończy.
    Arthur Andariel (tak przedstawił się mężczyzna w skórzanej kurtce) przepytywał każdego po kolei. Ponownie rzucił zaklęcie wyciszające a osoba, która już skończyła wychodziła z pokoju. Nie mogli przekazać sobie niczego.
    Podczas przesłuchania Ginny do pokoju wszedł zawiadomiony przez Mardota Erick Rellow. Zaczekał aż kobieta skończy zeznania i przywitał się z funkcjonariuszem. Do pomieszczenia ponownie zaproszono Hermionę. Kiedy zobaczyła swojego przyszłego szefa oblała się rumieńcem. Było jej wstyd, że zachowała się tak lekkomyślnie. Erick wyglądał na mocno rozbawionego, co zaskoczyło winną całego zamieszania.
    - Dzień dobry, Pani Granger. - przywitał się Rellow z szerokim uśmiechem.
    - Dzień dobry, Panie Rellow.
    - Od Pana Arthura usłyszałem już Twoją wersję. Czy jest coś jeszcze, co chciałabyś dodać?
    W głowie Hermiony od razu pojawiła się myśl o jastrzębiu. Z jakiegoś powodu nie wydało jej się słusznym mówić o tym Andarielowi.
    - Nie, panie Rellow.
    - W porządku.
    - Sprawy wyglądają tak. - wtrącił się drugi mężczyzna. - Złamała Pani prawo i jakimś cudem wie o tym Mardot. To kompletny idiota ale kiedy chce potrafi narobić komuś problemów. Przyznam szczerze, że moim zdaniem są państwo zamieszani w jakąś większą aferę ale nie z waszej winy. Możliwe, że grozi wam niebezpieczeństwo.
    - Jakie niebezpieczeństwo? - zapytała zaskoczona Hermiona.
    - Tego niestety jeszcze nie wiemy - odpowiedział jej przyszły szef - ale niech Pani sama o tym pomyśli. Wasze listy nie docierały. Ani Pani listy do nich ani ich do Pani. Kiedy zostajecie aresztowani, bo nie czytała Pani Proroka - tutaj Rellow znowu się uśmiechnął. - natychmiast dowiadują się o tym aurorzy z Anglii. Mardot zjawia się z nakazem sprowadzenia Państwa do Ministerstwa Magii i to nakazem wystawionym na lewo. Dziwne, prawda?
    - Ktoś chce nas odciąć od kontaktu ze sobą?
    - Takie mamy podejrzenia.
    - I co teraz?
    - Nic. - odezwał się Erick. - Wracacie do Anglii i jesteście pod obserwacją naszych najbardziej zaufanych ludzi i naszą. Bardzo dobrze się składa, że pracuje Pani ze mną. Będę miał na Panią oko. - Rellow mrugnał do niej porozumiewawczo.
    - Oficjalna wersja jest taka, że wracacie, bo nie ufamy Wam do końca. - wtrącił Andariel. - Reszta rodziny Weasleyów zostaje do końca planowanego pobytu i po całej biurokracji dostaną pozwolenie na teleportowanie się ze służbami Rumuńskiego Ministerstwa jako eskorty. Co jakiś czas będziecie kontrolowani oficjalnie w związku z tym złamaniem prawa.
    Hermiona nie wierzyła w to co widzi. Arthur Andariel był rozbawiony. Ktoś złamał prawo i obawiali się jakiegoś niebezpieczeństwa a on się świetnie bawił. Ten człowiek był dla niej pasmem zagadek a ona bardzo chciała je odgadnąć.
    - Oczywiście musisz ponieść karę. - mówił z coraz większym uśmiechem - Zapłacisz za akcję służb rumuńskich co wynosi 2 galeony i to wszystko.
    Tym razem nawet Hermiona się zaśmiała. Zdyszanych i ledwo trzymających się na nogach funkcjonariuszy ciężko było nazwać służbami. Dwa galeony stanowiły bardzo wygórowaną cenę.



 *"Hobbit, czyli tam i z powrotem" 
    


    
Witajcie kochani :)
W tym rozdziale akcja całego opowiadania zaczęła wkraczać na właściwe tory. W głowie mam już ułożone jak wszystko połączyć i skrzyżować drogi Draco i Hermiony. Obstawiam, że pewnie już się domyślacie jak to się stanie ale mojej wersji nie mogę wam jeszcze zdradzić.
Historia Dracona nadal jest dla mnie ciężka. O wiele łatwiej pisze mi się o Zabinich i Hermionie. Do opowiadania oprócz Rellowa i Andariela planuję wprowadzić jeszcze kilkoro bohaterów. Mam nadzieję, że już niedługo przypadną Wam do gustu :)
Każdy komentarz jest dla mnie ogromną motywacją i bardzo ucieszyła mnie propozycja dołączenia do Magicznego Zbioru. Jest to blog mający na celu zwiększenie zasięgu blogów o magicznej tematyce. Jeśli wyświetlicie wersję na komputer znajdziecie go na liście polecanych.
Na wspomnianej liście znajduje się jeszcze jeden blog o tematyce Dramione "Drżenie serc". Historia mnie zaciekawiła i owszem czytałam już takie wersje tego parringu ale ta mnie wciągnęła. Jeżeli ktoś ma ochotę na coś mroczniejszego to serdecznie zapraszam i polecam. Niestety od jakiegoś czasu nie było tam nowego rozdziału ale nie są to lata więc mam nadzieję, że blog będzie kontynuowany.
Dajcie znać co myślicie o mojej historii oraz czy zainteresowaliście się poleconą przeze mnie listą. Postanowiłam, że jeśli znajdę coś ciekawego dam Wam na to namiary. Jeżeli chcecie, żebym poleciła Wam również skończone blogi, dajcie znać w komentarzach. Na blogspocie jest ogromna ilość świetnych historii ze świata J. K. Rowling
Pozdrawiam i ściskam Was mocno :*
Pani Black

   

środa, 23 października 2019

Rozdział 2 "Diabeł się w ornat ubrał..."

 "Pozbierać jest się dziesięć razy trudniej, niż rozsypać." *



   Poranki były dla niego cholernie ciężkie. Szczególnie jak budził się w domu o 4:30, bo wtedy należało podać leki. Później czekał aż uśnie. Siedział przy niej i trzymał ją za rękę starając się nie myśleć o tym jak niewiele życia jej zostało. Kiedy odpływała na skutek leków nasennych zaczynał trening. Prosta rozgrzewka i biegi. Opustoszałe okolice domu i spory wysiłek uspokajały go. Pozwalały wyładować nagromadzoną przez wiele lat agresję. Wracał do domu po godzinie i brał prysznic. Po załatwieniu porannej toalety robił śniadanie. O tej porze już wstawała z łóżka. Widział jak powoli pokonuje każdy stopień. Własnoręcznie przygotowany posiłek również podawał  osobiście. Siadała do stołu i była z niego dumna. Nie chodziło tu o umiejętności gotowania. Każdego poranka podziwiała to jak się nią opiekuje. Podawał leki i spoglądał z troską czy da radę zejść na dół, chociaż tyle razy proponował żeby przeniosła się na parter. Wiedziała, że wkrótce będzie musiała się na to zgodzić. Ta poranna wędrówka stawała się dla niej coraz cięższa. Tak to ona Narcyza Malfoy, która uratowała Harrego Pottera okłamując Czarnego Pana nie będzie w stanie za miesiąc zejść ze schodów. Jednak nie to było najgorsze. Ona, bohaterka wojny, uratowała obcą sierotę a nie potrafiła uratować własnej rodziny. Lucjusz został skazany za smierciożerstwo. Draco również. Wyrok na jej mężu wykonano. Kara dla syna została odwleczona ze względu na jej stan. Musiał się nią opiekować. Dziękowała Merlinowi za każdą spędzoną z nim chwilę ale niedługo miały się one skończyć. Wtedy skończą się również ostatnie chwile życia Draco. Tak oto umrze cała nadzieja na lepszy los. Nadzieja, za którą w niedalekiej przyszłości zapłaci najwyższą cenę.
    - Do zobaczenia mamo - powiedział młody blondyn i pocałował ją w czubek głowy.
    - Do zobaczenia Draco.
    Poszedł do kominka i za pomocą sieci Fiuu dostał się do ministerstwa. Codziennie chodził do pracy i zajmował się raportami. Dla wszystkich osób postronnych tak to właśnie wyglądało. W rzeczywistości raporty polegały na przesłuchaniach z aurorami. Musiał z nimi współpracować. Zeznawał wszystko zgodnie z prawdą bez zastraszania lub innych form przemocy. Oczywiście, jeżeli szantażu nie uzna się za przemoc.
 

    - Będziesz zeznawał. 
    - Pierdol się! 
    Draco opluł młodego mężczyznę stojącego przed nim. Tamten wytarł ślinę i jakby nic się nie stało pokazał mu dokumenty, które do tej pory leżały na biurku. 
    - To jest odroczenie twojego wyroku. Przychodzisz tu codziennie o 8:00 i współpracujesz do 11:00. W zamian za to dajemy ci czas z matką do jej śmierci. W przeciwnym razie wróci do domu i zdechnie w samotności, bo nie dostanie opieki a twoi koledzy już będą martwi. Nikt jej nie pomoże. Nikt oprócz ciebie. 


   Tak więc Draco zeznawał. Pił veritaserum i opowiadał o wszystkim co wiedział. Podawał adresy, nazwiska, popełnione przez kolegów zbrodnie. Eliksir był tylko środkiem zabezpieczenia. Wiedział, że jeśli miał zostać z matką jego zeznania musiały się na coś przydać. Gdyby kłamał nie byłoby efektów i Narcyza umierałaby sama.
    - Dobrze Pana widzieć, Panie Malfoy.
    Jak zwykle Terremu odpowiedziała cisza. Brunet o ciemnych oczach za każdym razem próbował nawiązać z nim jakąś rozmowę jednak bez skutku. Były śmierciożerca odpowiadał na pytania dotyczące jego przeszłości. Luźnych konwersacji nigdy nie nawiązywał.
    Draco codziennie przyglądał się temu pajacowi i nienawidził go coraz bardziej. Jego syn był strażnikiem w banku Gringotta i zginął gdy Voldemort dostał furii po kradzieży horkruksa. Rodzina Malfoyów również tam była ale nie miała w tym żadnego udziału. Zresztą to Potter ukradł ten przeklęty puchar i sprowokował szaleńca a nie oni. Jednak Terry Mardot przysięgał, że zemści się na mordercach swojego potomka. Prawdę mówiąc morderca był tylko jeden i już dawno gryzł ziemię, jednak auror był zbyt głupi żeby to zrozumieć.
    Po braku jakiejkolwiek reakcji ze strony Dracona mężczyzna podał mu małą buteleczkę. Blondyn opróżnił ją bez słowa.
    - Co cię łączy z departamentem dziedzictwa czarodziejów?
    Draco wytrzeszczył oczy i tym razem nie zapanował nad sobą. Zamiast zimnego spojrzenia patrzył się na kata swojej matki jak na idiotę.
    - Pojebało ci się coś?
    - Odpowiadaj! - ryknął drugi mężczyzna w skórzanej kurtce.
    - Nic.
    - Pił veritaserum. Nie może kłamać. Mówiłem, że jest niewinny.
    - Niewinny?! Przychodzę tutaj - jestem pod obserwacją. Wracam do domu - jestem pod obserwacją. Idę biegać - jestem pod jebaną obserwacją, więc możecie mi kurwa wyjaśnić jakim cudem mógłbym być czemukolwiek winny?! Nie int...
    - Już wystarczy na dziś. - przerwał mu Terry - Spadaj do domu.
    Draco podniósł się z krzesła z miną przekazującą "banda kretynów" i ruszył w stronę wyjścia. Cały czas czuł, że nieznajomy w skórzanej kurtce odprowadza go czujnym wzrokiem. Odwrócił się i również mu się przyjrzał. Tego człowieka widział pierwszy raz. Był średniego wzrostu, przystojny i umięśniony ale nie tak żeby rzucało się to w oczy. Miał trzydniowy zarost i kurtkę o rozmiar za dużą. Do tego nosił jeansy i czarno-czerwone adidasy. Z takim wyglądem mógł bez problemu wtopić się w tłum i pozostać niezauważonym. Prawdopodobnie potrafił się bronić.
    "Niebezpieczny gość" - pomyślał Draco. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Pierwszy raz wyproszono go wcześniej z przesłuchania i coś mu mówiło, że jeśli dalej chciał bezpiecznie doczekać do wyroku w posiadłości Malfoyów, nie powinien ignorować polecenia.
    Przez cały dzień zastanawiał się o co chodziło Terremu i temu drugiemu mężczyźnie. Co miało go łączyć ze wspomnianym departamentem? Nie miał tam znajomości ani żadnych spraw do załatwienia. Nigdy tam nie był ani nie interesował się tym, co się tam działo. Jednak z jakiegoś powodu powiązano jego osobę z tą sprawą. I właściwie co to była za sprawa? Miał przykre wrażenie, że jedyną osobą, która mogła go oświecić był człowiek w skórzanej kurtce. Niestety po wypiciu veritasrum i udzieleniu odpowiedzi został wyproszony i wątpił, żeby jeszcze kiedyś się spotkali.

***

    Hermiona podeszła do okna i wpuściła sowę. Tego wieczora było chłodno i mocniejszy podmuch wiatru zostawił gęsią skórkę na jej ciele.
   - Od kogo ten list Hermiono?
   - Od Wiktora.
   Dziewczyna uśmiechnęła się i rozwiązała kokardkę umieszczoną na liście.


"Kochana Hermiono

Na wstępie chciałem cię przeprosić za to, że nie pisałem do Ciebie zbyt często. Rzuciłem się w wir pracy i brakowało mi czasu. Obiecuję, że to nadrobię. Bardzo chętnie odwiedzę cię w Anglii. Musisz jedynie podać termin. Dostosuję się :)

Niestety jastrzębia nie dostałaś ode mnie. Cieszy mnie to, że jesteś zadowolona z prezentu, jednak nie wiem od kogo on jest musisz szukać u kogoś innego :)

W zamian za twój podarunek również przesyłam Ci mały upominek. Mam nadzieję, że spodoba Ci się tak jak wcześniej wspomniany jastrząb.

PS. Gratuluję ukończenia Hogwartu! "

   Do listu dołączone było zdjęcie jej i Wiktora z balu w czwartej klasie. Zdjęcie było oprawione w bardzo ładną srebrną ramkę i chociaż nie została wykonana z diamentu, Hermiona z tego prezentu cieszyła się bardziej.
   - Coś się stało kochanie?
   Pytanie pani Granger otrzeźwiło Hermionę. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego jak musiała wyglądać. Szeroko otwarte oczy i rozchylone usta sugerowały, że coś było nie tak.
   Dziewczyna szybko się uśmiechnęła i powiedziała tylko bezpieczną cześć prawdy.
   - Wiktor napisał, że mnie odwiedzi.
   - Ojej, to cudownie! Kiedy przyleci?
   - Mamo on się teleportuje.  - Powiedziała rizbawiona dziewczyna. - Chce żebym to ja ustaliła termin. Mam nadzieję, że nie będzie problemu, jeśli zostanie na kilka dni.
   - Jak znam mamę chłopak nie wyjedzie dopóki lodówka nie zostanie opróżniona a w jeden dzień to niemożliwe. - zaśmiał się tata Hermiony i objął dziewczynę ramieniem. - Chyba nie myślisz, że będziemy mieli coś przeciwko jeśli nie poświęcisz całego swojego wolnego czasu starym piernikom.
   Hermiona zaśmiała się i mrucząc coś o tym, że nie są starzy przytuliła się do ojca. W tym momencie uderzyła w nich mała poduszka.
   - Starym piernikom to może być twój ojciec ale na pewno nie ja!
   Gdy spojrzeli na oburzoną Panią Granger jednocześnie wybuchli gromkim śmiechem. Chociaż kobieta jeszcze troszkę się dąsała zaraziła się ich wesołością i zaraz śmiali się już wszyscy. Dziewczyna dziękowała z całego serca tajemniczej osobie, która zdjęła urok z jej rodziców. Tak bardzo chciała ją poznać i jakoś się odwdzięczyć, podziękować. Wtedy podjęła decyzję, że spróbuje porozmawiać jeszcze raz z profesor McGonagall. Miała nadzieję, że tym razem uda jej się poznać prawdę.
   Mijały kolejne dni i do życia Hermiony zaczęło wkradać się coraz więcej monotonii. Musiała odpowiedzieć Wiktorowi, jednak nie spieszyła się za bardzo. On był zapracowany i chciał się do niej dostosować pewnie dlatego, że myślał, że dziewczyna jest zajęta pracą lub innymi obowiązkami. Jednak prawda wyglądała niestety inaczej. Oczywiście czas z rodzicami dawał jej mnóstwo radości i miłości ale do popołudnia siedziała sama i praktycznie bezużyteczna w domu. Hermiona miała już tego serdecznie dosyć. Codziennie jakieś sprzątanie, czytanie i na koniec gotowanie. Dzień w dzień robiła to samo.
   Dziewczyna postanowiła to zmienić i zaczęła szukać pracy. Jej rodzice nigdy nie wspominali o pieniądzach ale było jej strasznie głupio siedzieć na ich utrzymaniu. Wysyłała mnóstwo sów ze swoimi aplikacjami aż wreszcie zaczęła dostawać zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Bardzo pomagało jej w tym nazwisko. Hermiona Granger była bohaterką wojny, która miała najlepsze wyniki w nauce razem z Draconem Malfoyem. Już od dawna rywalizowali ze sobą na poziomie nauki. Nie dziwiło więc nikogo, że ślizgon razem z nią odebrał dyplom dla najlepszego ucznia.
   Hermionie nie dawał jednak spokoju jego gest podczas uroczystości. Arystokrata brzydził się nią od najmłodszych lat, jednak podczas ich ostatniego spotkania podał jej rękę. Mnóstwo razy analizowała tą sytuację. Mogli po prostu odebrać swoje wyróżnienia i podziękować. Nikt nie wymagał od nich jakiegokolwiek kontaktu a tym bardziej bezpośredniego. Dziewczyna starała się zlokalizować w pamięci moment, w którym Draco przestał traktować ją z wyższością. Na początku roku wciąż się z niej śmiał i dla żartu (jej zdaniem niezbyt udanego) spuszył jej włosy tak, że przypominały jedno wielkie siano. Użył zaklęcia utrwalającego i chodziła tak do końca dnia. Podczas egzaminu z eliksirów dorzucił jej kocią sierść, która zmętniła eliksir i dziewczyna miała dwa razy więcej pracy, ponieważ musiała naprawić szkodę. Jako prezent noworoczny do torby wrzucił jej zdechłą jaszczurkę a na walentynki przesłał jej zdjęcie Rona z jakąś panienką, której udzielał wywiadu i wywołał tym niezłą awanturę. Jednak od końca marca nie wydarzyło się nic niepokojącego. Draco czasami zniknął na kilka dni a gdy wracał nie zaczepiał jej. Dopiero po dogłębnej analizie przypomniała sobie, że od czasu tych nieobecności ślizgon zaczął coraz gorzej wyglądać a życie towarzyskie całkiem sobie odpuścił. Ona również miała wtedy chwilę wytchnienia od jego złośliwości.
   Hermiona doskonale wiedziała jak ludzie zmieniają się na wojnie i po niej. Wydarzenia, które się rozegrały wywarły mocne piętno na każdym z czarodziejskiej społeczności w tym również na śmierciożercach. Zastanawiało ją, co tak bardzo na niego wpłynęło. Słyszała o śmierci jego ojca i o tym, że on również miał procesy w ministerstwie. O Narcyzie Malfoy nie wiedziała nic.
   Hermionie zrobiło się żal blondyna i zaczęła nękać swoich przyjaciół prośbami o interwencję w sprawie śmierciożercy. Potter i Weasley mieli ogromne możliwości. Wybraniec i jego towarzysz nie posiadali oficjalnych przywilejów jednak "po cichu" byli w stanie wiele zdziałać. Niestety chłopcy za każdym razem jej odmawiali. Gdyby pomogli mu drogą nieoficjalną gazety na pewno by się o tym dowiedziały a to zniszczyłoby ich nienaganną opinię. Jedyną skuteczną metodą, którą od początku proponował Ron, były oficjalne zeznania. Hermiona starała się tego uniknąć. Te wspomnienia sprawiały jej ból za każdym razem kiedy musiała do nich wracać ale wiedziała, że nie będzie mogła spokojnie żyć wiedząc, że zataiła informacje, które mogły uratować życie Draco.
   Razem z Harrym i Ronem udali się do aurorów prowadzących sprawę arystokraty i opowiedzieli o sytuacji w Malfoy Manor. Ślizgon rozpoznał Harrego ale nie wydał go i to była ich karta przetargowa. Niestety prowadzący sprawę jedynie odroczyli jego wyrok, mówiąc, że zastanowią się co z nim zrobić. W tej kwestii prawo było okrutne. Śmierciożercom rzadko wybacza o całkowicie. Krążyły plotki o nieludzkim traktowaniu na przesłuchaniach i zmuszaniu przemocą do przyznawania się do zbrodni. Znajdowały się osoby, które chciały coś z tym zrobić, jednak po tym co zaszło społeczeństwo domagało się ukarania winnych i wszystkie sprawy zamiatano pod dywan.
   Za każdym razem kiedy Hermiona wracała do tych myśli miała ochotę udusić odpowiedzialnych za to czarodziejów. Oczywiście wielu z nich zasłużyło na karę ale czy dobrzy ludzie mają się teraz stawać oprawcami? Razem z tą myślą podjęła decyzję, co chce dalej robić w życiu. Chciała pomagać śmierciożercom, którzy zostali zmuszeni do służby lub byli pod działaniem Imperiusa. Chciała pomagać ludziom niesłusznie osądzonym jak np Syriusz lub takim, którzy po prostu zasługiwali na szybką śmierć a nie pastwienie się nad nimi. Chociaż takiej propozycji pracy nie widziała, dostała zaproszenie na rozmowę na stanowisko kontrolera ds. przestrzegania prawa przez pracowników ministerstwa. Poprzedni kontrolerzy zajmowali się głównie oczyszczaniem imienia ministra magii. Na myśl o tym jak bardzo będą zdziwieni efektami jej pracy uśmiechnęła się złośliwie. Chociaż wojna teoretycznie się skończyła to ona ma jeszcze szansę na to, żeby zabłyszczeć i to nie głupimi wywiadami a realną pracą.
   Gdy przyszedł dzień rozmowy kwalifikacyjnej wstała wcześnie rano. Umyła się i zjadła naszykowane wcześniej śniadanie. Nałożyła na siebie białą koszulę z wyhaftowanym kwiatem i czarną spódniczkę przed kolano z materiału przypominającego skórę. Włosy spięła w niedbałego koka i do całego ubioru dobrała srebrne kolczyki i zegarek. Na nogach miała klasyczne czarne szpilki. Całość prezentowała się całkiem stylowo...i seksownie? Szpilki i spódniczka podkreślały zgrabne nogi gryfonki a koszula wkasana w dolną część garderoby zwracała uwagę na jej smukłą talię. Dziewczyna patrzyła w lustro i nie mogła się nacieszyć z uzyskanego efektu w końcu każda kobieta lubiła dobrze wyglądać. Pomyślała jeszcze, że musi kiedyś pokazać się Ronowi w tym stroju i teleportowała się tuż przy wejściu dla gości.
    Kiedy weszła do ministerstwa czuła się dosyć niezręcznie. Ostatni raz była tutaj składając wyjaśnienia w sprawie Draco i odesłano ją z kwitkiem. Wcześniej włamała się tu podczas poszukiwania horkruksów i ta wyprawa również nie kojarzyła jej się pozytywnie. Otwarcie przyznawała przed samą sobą, że za każdym razem, gdy pojawiała się w tym budynku kończyło się to problemami. Nawet kiedy byli tu w piątej klasie o mały włos i zostaliby zamordowani przez Lucjusza, Bellatriks i innych ludzi służących Voldemortowi. Chociaż czasy się zmieniły i ministerstwa nie kontrolował już totalny świr czekało tu na nią wiele nieprzyjemnych sytuacji: dziennikarze, autorzy, którym nie pomogła lub pracownicy, którzy czuli zagrożenie z jej strony. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że wchodzi do gniazda węży.
    Przemierzając korytarze i kierując się do windy mijała zabieganych czarodziejów. Znaczna część z nich rozpoznawała ją i grzecznie się witała. Jednak przeczucie jej nie myliło. Napotkała spojrzenia, które samym swoim wyrazem mogłyby zabijać. Nic nie działało na nią jednak tak dobrze, jak wyzwania. Skoro potrafiła ukraść horkruksa przebrana za Bellatriks to potrafiła też dostać pracę w ministerstwie, nawet jeśli ktoś nie był jej przychylny. Gdy dotarła do celu zauważyła kilka oczekujących osób. Podeszła do kanapy w poczekalni i z grzecznym "Dzień dobry" usiadła na miejscu.
    - No to chyba zwycięzcę tej rekrutacji już mamy. -Powiedziała dziewczyna o długich blond włosach. - Nie starcza Ci znajomości, żeby oszczędzić nam wszystkim czasu i bez zbędnych teatrzyków dostać tą posadę?
    Wszyscy zebrani spojrzeli na Hermionę, która poczuła się jakby dostała policzek. Jakim prawem oceniała ją jakaś obca baba i w dodatku jak ona wyglądała! Była ubrana zdecydowanie odważnej niż panna Granger. Miała na sobie czarną sukienkę ledwo zakrywającą pośladki a dekolt sięgał jej prawie do pępka. Dobrała do tego złoto, wysokie czerwone szpilki i czerwoną torebkę. Zdaniem Hermiony wyglądała jak rasowa prostytutka.
    - Nie używam znajomości, żeby zdobyć pracę. Tak samo jak nie używam do tego tlenionych kłaków i cycków wyskakujących z dekoltu. Twój przyszły pracodawca prędzej Cię przeleci niż zatrudni.
   Blondynka wytrzeszczyła oczy i zapowietrzyła się z wściekłości. Zbulwersowana kobieta podniosła się z siedzenia i zaczęła zmierzać w stronę swojej rozmówczyni. Słowa byłej gryfonki poruszyły wszystkich zebranych a nawet ich przyszłego szefa, który od pewnego czasu z podniesionymi brwiami i złośliwym uśmieszkiem przysłuchiwał się wymianie zdań pomiędzy dwoma paniami, bynajmniej nie wyglądając na speszonego.
   - Ekhem. - chrzaknął Pan Rellow ściągając na siebie wszystkie spojrzenia.  - Wydaje mi się, że czas przerwać tą niepotrzebną dyskusję. Udajemy, że całej tej sytuacji nie było a do siebie zapraszam obie panie.
    Kobiety wymieniając mordercze spojrzenia ruszyły do gabinetu. Blondynka weszła pierwsza a zaraz za nią Hermiona. Pomieszczenie zostało urządzone dosyć skromnie ale całkiem przyjemnie. Przy ścianie na przeciw wejścia stały kanapa oraz stolik i wygodne fotele. Po lewej stronie przy oknie znajdowało się biurko a za nim półki pełne papierów i segregatorów. Na blacie leżało samonotujące pióro a obok niego znajdowały się aplikacje na stanowisko kontrolera ds. przestrzegania prawa. W pokoju dominowały jasne beże i brązy od czasu do czasu przełame bielą i zielenią roślin.
    - Proszę usiądźcie. - gestem wskazał im fotele. - Wybaczcie, że sadzam Was w fotelach a sam rosiadam się na kanapie ale po wcześniejszej wymianie zdań wolę, żeby był między paniami stolik.
    Mówiąc to szeroko się uśmiechał, jakby niezmiernie bawiła go ujrzana przed chwilą sytuacja. Nalał wody każdemu i podał szklanki. Nie używał magii, co zaciekawiło Hermionę. Rzadko się zdarzało, że bogaci czarodzieje nie wykorzystywali różdżki lub skrzatów domowych.
    - Jestem półkrwi czarodziejem i są to dla mnie naturalne czynności.
    - Pan używa legilimencji, Panie Rellow. - odpowiedziała dziewczyna bardziej twierdząc niż pytając.
    - Zgadza się. - odparł szef departamentu - W tej branży to naturalne i Panie również się tego nauczą.
    - Proszę mi wybaczyć ale czy Pan powiedział "Panie"? - zauważyła wyraźnie zszokowana blondynka. - Chyba nie chce Pan powiedzieć, że dostałyśmy się obie na jedną posadę.
    - A niby po co miałbym zapraszać Panie obie? Przyglądając się Waszej rozmowie - tu zerknął na kobiety, znacząco akcentując poprzednie słowo - stwierdziłem, że jesteście parą idealną. Panna Granger to wzór uczciwości i obrońcy uciśnionych a do tego kobieta z wyraźnym temperamentem, gdy ten oczywiście jest potrzebny. Schludna, pociągająca i ułożona z Pani kobieta w dobrym tego słowa znaczeniu. Niebezpieczny z Pani gracz i na pewno co inteligentniejsi to docenią. W dodatku szybko łączy Pani fakty i myślę, że świetnie poradzi sobie Pani w sytuacjach bez wyjścia.
    - Dziękuję, Panie Rellow. Chyba jednak przecena Pan moje możliwości.
    - Rozszyfrowuję ludzi w mgnieniu oka. Jestem pewny, że nie oceniłem Pani nad wyrost. - przeniósł spojrzenie na blondynkę - Natomiast Pani Astoria Zabini to zupełnie inna bajka. Kusząca, chociaż zajęta kobieta, która zwraca na siebie uwagę nawet jeśli oznacza to narobienie sobie wrogów na starcie. Ociekająca seksapilem i niebezpieczna a jednocześnie zamężna i niedostępna. Z pewnością wszyscy zazdroszczą Panu Zabiniemu takiej zdobyczy, bo tak właśnie widzą Panią mężczyźni. Jest dużo prawdy w słowach Panny Granger, że Pani pracodawcy chętnie daliby się uwikłać w jakiś romans a takiej osoby też potrzebuję. Nie do romansu oczywiście - dodał szybko mężczyzna - ale do kuszenia podejrzanych. Padną Pani do stóp i pozwolą na wiele a Pani będzie musiała to wykorzystać, gdy przyjdzie czas. Widzę was jako uzupełnienie. Połowa kocha Pannę Granger a druga połowa jej nienawidzi. Ta druga część z kolei kocha Panią Astorię a ta pierwsza by ją powiesiła.
    - Pan chce żebyśmy zdobywały dla Pana tajne informacje. Tam gdzie nie dotrę ja dotrze Panna Granger i na odwrót. - powiedziała blondynka.
    - Wojna między nami ma być na pokaz. W rzeczywistości mamy się wymieniać informacjami i ułatwiać zdobywanie następnych. Wrogowie często lubią na siebie donosić a my będziemy mogły to łatwo zweryfikować współpracując ze sobą.
    Pan Rellow zaczął klaskać w dłonie. Uśmiechał się tym razem bez krzty wesołości i patrzył na obie kobiety z zimną satysfakcją.
    - Dobrze wybrałem. Zaczęłyście się dogadywać jeszcze zanim zaczęłyście pracę. - tym razem Astoria i Hermiona spojrzały na siebie z zadowoleniem. - Zaczynacie od następnego miesiąca a teraz możecie opuścić mój gabinet, oczywiście w grobowej atmosferze. Ja muszę przeprowadzić rekrutację do końca. Pozytywną odpowiedź dostaniecie oficjalnie za jakiś tydzień.
    Hermiona czuła się jakby wyrosły jej skrzydła. Będzie pracować w ministerstwie magii u boku inteligentnego szefa i współpracowniczki. W jej głowie tliły się jednak obawy, jak zareaguje jej przełożony, gdy dowie się o pomocy śmierciożercom. Od czasu, gdy dowiedziała się o legilimencji wybudowała solidny mur wokół swojego umysłu, więc z jej głowy nie mógł się tego dowiedzieć. Taką przynajmniej miała nadzieję. Wolała powiedzieć o tym sama kiedy minie trochę czasu a ona poczuje się pewniej w nowej pracy.
    Zastanawiał ją też wątek Astorii. Kiedy Pan Rellow wymienił jej imię przypomniała sobie, że kobieta była ślizgonką i chodziła razem z nią do Hogwartu. Dziewczyna zastanawiała się czy będzie mogła jej zaufać. Blondynka mogła mieć nieocenione kontakty w gronie byłych sług Czarnego Pana, co ułatwiłoby jej zadanie. Skoro sama nie została oskarżona i skazana za śmierciożerstwo to musiała również znać się z jasną stroną ostatniej wojny. Gdyby tylko Astoria chciała jej pomóc razem mogłyby pomóc tym ludziom.
    W drodze powrotnej Hermiona kupiła szampana i mały tort. Chciała uczcić ten wyjątkowy dzień razem z rodzicami. Problem polegał na tym, że powinno być tu jeszcze kilka osób. Ron, Ginny, Harry... Tak bardzo za nimi tęskniła. Nie dostawała od nich żadnych sów. Chociaż sama wysyłała listy nigdy nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Czasami brała pod uwagę czarne scenariusze, że coś im się stało lub to oni zrobili coś głupiego. Musiała dowiedzieć się co się u nich dzieje. Znała swoich przyjaciół i swojego chłopaka. Nie zapomnieliby o niej.
    Po powrocie rodziców i wspólnym świętowaniu, Hermiona postanowiła porozmawiać o tym z rodzicami.
    - Ale jak to do Rumunii? Myślałam, że nie chciałaś jechać.
    - Nadal nie chcę was zostawiać. Teleportuję się na jeden dzień. Zobaczę, co u nich słychać i wrócę do domu za kilka godzin.
    - Nie wiem czy to bezpieczne. - odpowiedziała sceptycznie Pani Granger.
    - Kochanie - zaczął tata Hermiony - nasza córka jest już dorosła i jeśli chce dostać się do Rumunii za pomocą magii musimy jej na to pozwolić ale chcemy Cię zobaczyć tego samego dnia. - dodał jej ojciec surowo.
    - Wiem, że jest Wam przykro ale ja nadal z Wami mieszkam. Ten jeden dzień nie zrobi różnicy. - zaczęła ostrożnie dziewczyna - Ja też przeżywam to, że musieliśmy się rozstać i to, że mogliśmy wszyscy zgniąć ale wojna się już skończyła. Nie muszę żyć w zamknięciu mugolskiego świata. Magia jest częścią mnie i nie odseparuję się od niej. Słyszałam waszą rozmowę na temat pracy w mugolskim świecie i muszę powiedzieć nie...
    - Spokojnie córeczko - zaczęła Pani Granger - nie mamy pretensji. To jest Twój wybór. Nie możesz się nam dziwić, że chcielibyśmy zostawić Cię przy sobie, jednak rozumiem, że masz swoje życie.
    Wszyscy mieli łzy w oczach. To była pierwsza poważna rozmowa o wojnie i o ich rozstaniu. Profesor McGonagall zadbała o to, żeby rodzice Hermiony dowiedzieli się wszystkiego, ponieważ nie chciała narażać uczennicy na trudne wspomnienia. Jednak w każdej rodzinie potrzebny jest moment oczyszczenia, wyjaśnienia wszystkiego osobiście. Dopiero teraz zaczęli zdawać sobie sprawę, że chociaż wojna się skończyła oni dalej czuli zagrożenie nawet jeśli było to podświadomie. Zastanawiali się czy już zawsze miało tak być. Czy już do końca życia będą wyczekiwać swoich powrotów nie ufając w bezpieczeństwo otaczającego ich świata? Z takimi pytaniami poszła pakować walizki na podróż do Rumunii.


*"Kosogłos"

***

Hej kochani :)
Udało mi się skończyć drugi rozdział i muszę Wam powiedzieć, że wyobrażałam go sobie inaczej. Notka miała być podzielona po połowie dla Draco i Hermiony ale przyznam bez bicia, że historia Draco jest dla mnie dużo cięższa. Wprowadziłam kilkoro nowych bohaterów i mam nadzieję, że się z nimi polubicie :)
Rozdział jest troszkę bardziej konkretny a całe opowiadanie zaczyna się rozkręcać. Ogromny wpływ na to ma plan opowiadania, który regularnie uzupełniam. Gdy zaczynałam nie wiedziałam, że mam takie braki O.o
Rozdział jest krótszy niż zaplanowałam ale proszę i tak dajcie znać jaką długość preferujecie. To dla mnie ważna informacja ;)
Mam nadzieję, że zobaczymy się w przyszłym rozdziale za 2-3 tygodnie. Ściskam Was mocno :*
Pani Black

poniedziałek, 21 października 2019

Rozdział 1 "Dobrego gniazda..."

 
"Boję się, że zapomnę, jak wyglądał. Nie na zdjęciach, tylko jak w sobotę krzątał się w kuchni i robił jajecznicę."*






    - Kochanie moje!!!
    Pani Granger dosłownie rzuciła się na Hermionę. Oczywiście nie było się czemu dziwić. Nie widziała córki przez długie miesiące i bardzo za nią tęskniła. Dziewczyna również nie ukrywała radości i wzruszenia. Wtuliła się w matkę i pozwoliła się wycałować i wyściskać.
    - No już już, bo ją udusisz.
    Ojciec Gryfonki także miał doskonały humor i tak samo cieszył się z jej powrotu.
    - Przyjemna śmierć. - zażartowała kobieta - Wejdźcie obiad stygnie.
    Hermiona wyślizgnęła się z objęć matki. Miała ze sobą trzy kufry i torbę na ramię. Gdy witała się z panią Granger walizki czekały na schodach. Brązowowłosa dziewczyna schyliła się aby podnieść bagaż ale w tym samym momencie zrobił to jej ojciec.
    - Ja wezmę te walizki.
    Tata Gryfonki nigdy nie pozwolił aby kobieta nosiła tego typu rzeczy w jego obecności. Hermiona cofnęła więc rękę i posłała mu pełen wdzięczności uśmiech. Gdy na niego patrzyła serce jej rosło. Była wdzięczna losowi, że ma takiego wspaniałego ojca. Jednak to nie tylko los przyczynił się do tego, że jej rodzice odzyskali pamięć. Po wygranej wojnie z Czarnym Panem opowiedziała McGonagall o tym, jak rzuciła urok na państwa Granger. Obecna dyrektorka Hogwartu obiecała jej pomóc. Chociaż dziewczyna była zdolna to jej talent nie wystarczył aby ich odczarować. Tu potrzebny był ktoś o wiele bardziej doświadczony. Pewnego dnia otrzymała list. Okazało się, że problem został już rozwiązany i dziewczyna może bez obaw wracać do domu. Hermiona nie miała pojęcia kto ani w jaki sposób zdjął klątwę z jej rodziców. Chociaż Gryfonka błagała, nauczycielka transmutacji kategorycznie odmówiła udzielenia jej tych informacji. Twierdziła, że tak będzie lepiej i czarodziejka musiała pogodzić się z tą decyzją. Jedno było pewne - ktokolwiek to był Hermiona miała u niego dług wdzięczności do końca życia.
    W kuchni panował zwyczajny porządek. Jedynie kilka talerzy i garnków stało na wierzchu, co znaczyło, że obiad rzeczywiście był gotowy. Gryfonka, chociaż uwielbiała posiłki w Hogwarcie, bardzo tęskniła za domową kuchnią swojej mamy. Dziś pani Granger przyrządziła pieczone ziemniaki i schab w sosie. Na kuchence stał jeszcze ugotowany rosół, który prawdopodobnie jak zawsze zażyczył sobie ojciec Hermiony. Po odłożeniu torby i szybkim umyciu rąk młoda dziewczyna nakryła do stołu. Jej matka nakładała jedzenie od razu w kuchni. Zjedli w jadalni a później kobiety zaczęły sprzątać ze stołu.  Pomimo wyjątkowego dnia obiad w domu państwa Granger nie był wyjątkowy. Czarodziejka bardzo się z tego cieszyła. Oczywiście, uroczyste posiłki mają swój odświętny charakter ale to właśnie tej codziennej, rodzinnej atmosfery najbardziej brakowało jej w szkole.
    - No to opowiadaj - zaczęła Pani Granger - jak tam poszło rozdanie nagród? Stresowałaś się?
    - Bardzo. Wolałabym być na początku. To czekanie było bardzo męczące.
    -Ale jak znam moją córcie to wszystko poszło zgodnie z planem.
    - Taaak. Zgodnie z planem.
    Hermiona postanowiła przemilczeć fakt o niespodziewanym odezwaniu się do niej Malofoya. Co prawda była pod wrażeniem jego zachowania ale nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że Draco - dziedzic fortuny i dworu Malfoy Manor -kiedykolwiek zamieni chociaż słowo ze szłamą. Jakby tego było mało uścisnął jej rękę. To się nie miało prawa wydarzyć.
    Czajnik z gotującą się wodą zaczął gwizdać, co wyrwało Gryfonkę z zamyślenia. Pani Granger pospiesznie zaczęła zalewać herbatę dokładnie taką, jaką Hermiona uwielbiała - z pomarańczą i cynamonem. Do tego na stole leżały świeżo upieczone ciasteczka maślane. Mama absolwentki robiła świetne wypieki. Na każdą rodzinną okazję przygotowywała jakieś słodkości. Ten deser serwowała przeważnie na święta ale wiedziała jak bardzo je kocha jej córka.
    Po posiłku i długiej rozmowie Hermiona udała się do swojego pokoju. Łóżko stało pod oknem a na nim leżał komplet świeżej pościeli w drobne kwiaty. Okno było otwarte, przez co do pokoju wpadało świeże powietrze. Firanki w kolorze pudrowego różu lekko unosił wiatr. Dziewczyna zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Po kilku chwilach usłyszała stukanie w szybę. Spojrzała w miejsce skąd dochodził odgłos i zobaczyła jastrzębia. Do nóżki miał przywiązany aksamitny woreczek. Gdy pokazała mu, że może wlecieć do środka ptak zatoczył dwa koła pod sufitem gubiąc przy tym jedno pióro, zakręcił się przy jej głowie a następnie oparł się na ramieniu i skrzydłami otoczył jej szyję jednocześnie pochylając głowę. Hermiona stała jak zamurowana. Nie miała pojęcia co ma zrobić w takiej sytuacji, więc po prostu odwiązała przesyłkę, mając nadzieję, że postępuje właściwe. Odciążony gość od razu odfrunął nie czekając na nagrodę ani odpowiedź.
    Otworzyła pakunek a jej oczom ukazał się niewielki jastrząb wykonany z jakiegoś szlachetnego metalu. W pierwszej chwili myślała, że jest srebrny ale po dokładniejszej obserwacji nie była już tego taka pewna. Przy odbijaniu światła figurka mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Wyglądało to tak, jakby trzymała w rękach diament, tyle że w kształcie ptaka. Skrzydła miał rozłożone a ogon prosty. Wykonany był bardzo dokładnie. Pod palcami mogła wyczuć pojedynczo wyrzeźbione pióra i szpony. Hermiona oglądała pięknie obrobiony metal i podziwiała precyzję z jaką wykonano ten mały skarb. Doskonale zdawała sobie sprawę, że za takie cudo można było zapłacić fortunę i była równie zachwycona jak i zaskoczona tajemniczym podarunkiem. Kto jej to wysłał? Znała kilka osób, które mogły sobie na to pozwolić np. Harry czy Wiktor ale nie spodziewała się takiego gestu od nikogo. Nagle przyszło jej do głowy, że na pewno ktoś dołączył liścik do przesyłki. Przetrząsnęła woreczek dokładnie ale nic nie znalazła. Zaczęła tworzyć w głowie listę ludzi, których podejrzewała o nadanie jastrzębia. Po kilku za i przeciw stwierdziła, że to musiał być Wiktor Krum. Już kiedyś wysłał jej bardzo ładny naszyjnik, który zresztą chętnie nosiła. Postanowiła, że napisze do niego i podziękuje za cudowny prezent.  Do tego samego aksamitnego woreczka włożyła pióro, które zgubił jastrząb oraz spinki do męskiej koszuli. Miały być dla Rona na urodziny ale nie wypadało mię odwdzięczyć się Wiktorowi. Do środka wrzuciła też liścik.

"Drogi Wiktorze

Bardzo ucieszył mnie Twój prezent. Jastrząb jest naprawdę piękny i wprost nie mogę się na niego napatrzeć. Cały czas się zastanawiam z jakiego kruszca został wykonany (tak pięknie odbija światło). To była naprawdę udana niespodzianka.

Chciałam się jakoś odwdzięczyć i też dołączam do listu mały upominek. To spinki, które zatrzymują najlepsze wspomnienia. Jeśli nie chcesz o czymś zapomnieć to myśl o tym i ich dotknij. Gdy weźmiesz je do ręki drugi raz piękne chwile powrócą. Mam nadzieję, że będą Ci przypominać o mnie.

Oprócz tego chciałabym się z Tobą zobaczyć. Już tak dawno się nie spotkaliśmy! Napisz do mnie kiedy masz przerwę od treningów i przyjeżdżaj. Mam nadzieję, że się zgodzisz i już niedługo znów będziemy mogli naprawdę porozmawiać :)

Koniecznie daj znać co u Ciebie. Czekam na Twoją odpowiedź.

Hermiona :)

PS. Zdałam szkołę z wyróżnieniem! "

    Jej sowa, którą dostała od Harrego, była już gotowa do drogi więc zawiązała jej aksamitny woreczek i wysłała ją w drogę. Patrzyła na nią przez okno dopóki ptak mię zniknął z jej pola widzenia. Przyglądając się odlatującej Miriam poczuła przykrą pustkę. Ucząc się w Hogwarcie zostawiła swoje mugolskie życie, a co za tym idzie - mugolskich znajomych. Chętnie spotkałaby się z jedną z dawnych koleżanek ale czuła, że to głupi pomysł. Nie odzywała się do nich tak długo a tu nagle BUM!!! Stoi pod ich drzwiami. I co miałaby powiedzieć: 'Hej dawno się nie widziałyśmy, więc wpadłam'. Brzmiało tandetne. Miała jeszcze Rona, Harrego i całą rodzinę Weasleyów ale oni pojechali odwiedzić Charliego w Rumunii. Harry jako chłopak Ginny naturalnie wybrał się z nią. Ona również była zaproszona jednak nie potrafiła odwlec chwili, w której zobaczy rodziców. Tak bardzo za nimi tęskniła. Ron nie miał jej tego za złe. Doskonale ją rozumiał. Gdyby mógł zobaczyć zmarłego bliźniaka też zostawiłby dla niego wszystko. Wciąż nie mogła się nadziwić jak bardzo jej chłopak zmienił się po wojnie. Bardzo wydoroślał ale miało to też swoje ciemniejsze strony. Brakowało mu tego uśmiechu i naiwnego podejścia do życia. Każda dziewczyna marzy o dorosłym i odpowiedzialnym partnerze jednak bolało ją to jak wiele utracili ze swojej młodzieńczej naiwności. Wojna odbiła się na wszystkich i widać to było gołym okiem.
    Dni mijały jej powoli. Rodzice wybierali się do pracy a ona zostawała sama w domu. Cały czas organizowała sobie pracę żeby nie myśleć o bliskich, za którymi tak bardzo tęskniła. W mieszkaniu panował już idealny porządek, zapas książek został przeczytany a zdjęcia z Australii obejrzane wzdłuż i wrzesz. Życie nazbierało kolorów późnym popołudniem kiedy państwo Granger wracali do domu. Gdy wracali za każdym razem cieszyła się jak małe dziecko. Często wychodzili na kolację a później na spacer. Wybierali się też do kina czy na wspólne zakupy. Dziewczyna najbardziej kochała jednak wieczory, które spędzali w domu przy oglądaniu jej ruchomych zdjęć z Hogwartu albo Hogsmage. Opowiadała historie poszczególnych zdjęć i wspominała dawne czasy. Za każdym razem kiedy rodzice widzieli zdjęcia jej i Rona dopytywali kiedy go wreszcie poznają. Ona również nie mogła się tego doczekać. Już od dawna wyobrażała sobie zaczerwienioną twarz chłopaka próbującego wykrztusić z siebie jakieś słowa powitania. Mama Hermiony specjalnie by mu przygadywała przez co jego twarz przybrałaby kolor niedojrzałej śliwki. Tata zapewne uratowałny sytuację a Ron naturalnie zapewniałby, że wszystko w porządku. Tak jej zdaniem miało to wyglądać. Z zamyślenia wyrwał ją uporczywe stukanie w szybę.









Witajcje :)
Pierwszy rozdział za nami!
To kolejne opowiadanie, które zaczynam ale te na pewno zakończę. Będzie to dramiome, jednak Draco i Hermiona nie będą parą po 3 rozdziałach. Chcę zrobić odpowiednią atmosferę ;)
Nie mam konkretnych planów co do regularności wpisów. Mam nadzieję, że uda mi się opublikować jeden rozdział na 2-3 tygodnie. Oczywiście to ta dolna granica. Jeśli uda mi się zrobić więcej efekty zobaczycie ;)
Jeśli tu jesteście zostawcie po sobie jakiś ślad - bardzo proszę. To świetna motywacja do działania. Wszystkie rady, domysły i uwagi jak najbardziej mile widziane. Będę wdzięczna za każdy gest z waszej strony i z góry dziękuję :)
Do zobaczenia :*
Pani Black

*"Szeptem"
 
 
 

piątek, 3 listopada 2017

Prolog " Nie taki diabeł straszny..."

"A moja prawda jak struna drga.
Radośnie woła lub cicho łka"





    - Na końcu chciałbym pogratulować dwojgu najlepszym uczniom Hogwartu od czasów jego założycieli. Zapraszam Pannę Hermionę Granger oraz Pana Dracona Malofoya.
    Sala aż trzęsła się od oklasków, gdy na podwyższenie wchodziły wymienione wcześniej osoby. Na swoją kolej musieli czekać do ostatniej minuty. Ze względu na wysokie wyniki mieli odebrać szkolne dokumenty jako ostatni uczniowie. Mimo to żadne z nich nawet nie spojrzało na siebie. O pocieszającym uśmiechu czy miłym słowie już nie mogło być mowy. Ogromne było więc zdziwienie Gryfonki, gdy po krótkich podziękowaniach od dyrektorka, Draco uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę.
    - Gratuluję.
    Zaskoczona nie do końca wiedziała jak ma się zachować jednak instynkt samozachowawczy wziął górę. Odwzajemnia gest i odpowiedziała:
    - Dziękuję i wzajemnie.
    Chociaż nie doczekała się odpowiedzi chłopak nadal się uśmiechał. Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ślizgon, który jej nienawidził teraz tak zwyczajnie się do niej odezwał a przecież nie musiał. I nawet jej dotknął. Gdyby ktoś chciał ją uprzedzić, że tak będzie, dziewczyna nigdy by nie uwierzyła. Jednak oszołomiona Hermiona stwierdziła, że zostawi ten temat w spokoju. To miło z jego strony, że zachował się kulturalnie w tak uroczystym momencie.
    McGonagall wręczyła im elegancko zapakowane zwoje ozdobione kokardkami odpowiednio w kolorach ich domów. Znajdowało się tam podsumowanie ich długiej i wyczerpującej pracy. Siedem lat nauki kończył przecież egzamin a jego wyniki trzymali teraz w rękach. To była ich przepustka do pozaszkolnego świata magii.
    Chwilę później już absolwentka Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie siedziała przy swoim stole z rówieśnikami. Każdy był podekscytowany tym, że wkracza w dorosłe życie. Opowiadali o swoich planach i marzeniach. Ona jednak siedziała cicho. Ten budynek tak wiele dla niej znaczył a teraz miała go opuścić.